poniedziałek, 23 maja 2016

Muzyczny poniedziałek 2: Czasem boisz się spojrzeć w kąt pokoju, bo czujesz że coś Cię obserwuje...

Czy kiedyś przebiegałeś palcami po ścianie
I czułeś jak cierpnie Ci skóra na szyi
Gdy szukałeś włącznika światła?

Gdy po raz pierwszy trafiłam na tekst tego utworu, śmiałam się, że został napisany z myślą o mnie.
Zostałam obdarzona bujną wyobraźnią oraz jednoczesnym zamiłowaniem do fantastyki, thrillerów oraz rzeczywistych historii, przy których proza autora "Milczenia owiec" to bajeczki na dobranoc. To zaludnia umysł najrozmaitszymi ludźmi i stworami, przypominającymi się w niezbyt odpowiednich momentach...

Może to umysł płata ci figle
Gdy czujesz, a później twój wzrok przyciągają
Cienie tańczące tuż za tobą?

Takim momentem może być na przykład nocny powrót do domu. Gdy idzie się obok ogródków działkowych. Albo ciemną, brukowaną uliczką, gdy echo niesie daleko odgłos kroków...

Czy zdarzyło Ci się, że byłeś w nocy sam
I usłyszałeś za sobą kroki
A gdy się odwróciłeś, nie było tam nikogo?

Nie wiem, czy to z powodu tekstu, czy z uwagi na niezmiernie wpadającą w ucho melodię, ale jest to moja ulubiona piosenka Żelaznej Dziewicy :)



I am a man who walks alone 
And when I'm walking a dark road 
At night or strolling through the park 

When the light begins to change 
I sometimes feel a little strange 
A little anxious when it's dark 

Fear of the dark, fear of the dark 
I have a constant fear that something's always near 
Fear of the dark, fear of the dark 
I have a phobia that someone's always there 

Have you run your fingers down the wall 
And have you felt your neck skin crawl 
When you're searching for the light? 
Sometimes when you're scared to take a look 
At the corner of the room 
You've sensed that something's watching you 

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there 

Have you ever been alone at night 
Thought you heard footsteps behind 
And turned around and no one's there? 
And as you quicken up your pace 
You find it hard to look again 
Because you're sure there's someone there 

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there 

Watching horror films the night before 
Debating witches and folklores 
The unknown troubles on your mind 
Maybe your mind is playing tricks 
You sense, and suddenly eyes fix 
On dancing shadows from behind 

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there 

Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there 

When I'm walking a dark road 
I am a man who walks alone.




niedziela, 22 maja 2016

Kroki do zmian, czyli jak zostałam weganką

Śniadanie z tofucznicą. To naprawdę jest dobre! Karmiłam tofucznicą dwie osoby. Smakowało ;)

Podtytułem mojego bloga są "Duże zmiany w małych krokach".
To sugeruje jakieś wielkie plany, konsekwentnie realizowane przez zdyscyplinowaną osobę według ściśle określonego programu i przypominające postanowienia noworoczne. A kto dotrzymuje postanowień noworocznych...?
Dużo czasu i środków poświęciłam na dążenie do tego, by uczynić swoje życie zdrowszym, bardziej etycznym czy aktywnym. Niewiele z tego wyszło. Choć... ziarno zostało zasiane.
Gdy teraz na to patrzę, dochodzę do wniosku, że część z postanowień – ba, większość! - szlag trafił, bo próbowałam za wcześnie. Gdy z jakiegoś powodu nie byłam wewnętrznie na nie gotowa.

W takich sytuacjach motywacja trochę spadała.

Odnoszę wrażenie, że przy większych przedsięwzięciach umysł potrzebuje jakiegoś dłuższego "okresu przygotowawczego". Czasu, w którym pragnienie, powiedzmy, przejścia na weganizm (to dobry przykład), będzie przychodziło i odchodziło, by pewnego dnia "zaskoczyć" i zostać na stałe. A zmiana pewnych nawyków z pewnością należy do większych przedsięwzięć.
Wydaje mi się to dobrą metodą dla osób, którym bogowie, tudzież natura poskąpili żelaznej woli. Niestety do nich należę ;) Pozwala ona na dobre przygotowanie pod względem merytorycznym – by nauczyć się np. nowych przepisów czy przydatnych rzeczy, takich jak zastępowanie jajek w ciastach. Albo wyrobić sobie nawyk czytania składu gotowych produktów.
Coś takiego nastąpiło zanim udało mi się zostać weganką. Wcześniej próbowałam kilka razy, poznałam sporo zamienników, przekonałam się, że bez jaj czy nabiału da się żyć i próbowałam wytrwać – jednak zwyciężała tęsknota za jakimś serem lub jajkiem sadzonym.
Od kilku miesięcy sprawy przybrały nieco inny obrót.

Dojone orzechy laskowe


Odstawienie mleka

Najpierw przestaliśmy kupować krowie mleko. Używamy go mało – jedynie mój mąż czasem robi sobie białą kawę, jednak w domu pije ją raz na ruski rok (jesteśmy zdecydowanie herbaciani). Czasami któreś z nas używało go do ciasta lub budyniu. Często kończyło się tak, że po wykorzystaniu jednej, potrzebnej do czegoś szklanki mleka reszta stała w lodówce tak długo, aż skisła. Marnotrawstwo. Picie "tak po prostu" nie wchodziło w moim przypadku w grę, bo nigdy nie lubiłam jego smaku.
Doszłam do wniosku, że w tej sytuacji lepiej zalać wrzątkiem szklankę wiórków kokosowych, które zawsze gdzieś się po szafkach pałętają, po godzince zblendować z wodą i mieć dokładnie tyle mleka, ile potrzebuję. I to od razu smakowego!

Ponownie mleko orzechowe z porannego udoju :3


Odstawienie jajek

Później pojawiła się dziwna awersja do jajek.
Odkąd pamiętam, doznawałam zwyczajnego odruchu wymiotnego na sam widok tarczki zarodkowej w jajku. Natomiast prawie rok temu zaczęłam tak samo reagować czując zapach smażącej się jajecznicy. Czasem nawet na myśl o niej. Jajka zaczęły mi niewiarygodnie śmierdzieć. Każde, zerówki, nie-zerówki (od jakichś trzech lat nie kupowałam innych niż zerówki i jedynki – też zmiana wprowadzona stopniowo i "sama z siebie"!).
W związku z tym wszystkim po prostu... przestałam je jeść. Tofucznica tak nie śmierdzi, w panierce genialnie sprawdza się rozrobiona z wodą mąka z ciecierzycy, a w ciastach – na przykład glut z siemienia lnianego.
Nie wspominając już o bezach z wody po ciecierzycy ;)

Słynne wegańskie bezy. Trochę mi się rozjechały - wymyśliłam sobie malinowe i dodałam trochę za dużo syropu ;)

W rezultacie od dwóch miesięcy nie spożywam produktów odzwierzęcych :) Pozostawiłam sobie tylko miód ze względów zdrowotnych. Nic na siłę, prawda?

Obecnie nabieram chęci na jakąś regularną aktywność fizyczną. Nie chcę jednak, by były to żmudne ćwiczenia odrabiane niczym pańszczyzna. Szukam czegoś, co mi sprawi przyjemność. Na początku coś niezbyt męczącego. Choć jestem w trakcie zrzucania wagi i liczę na to, że z czasem coraz więcej sportowych aktywności zacznie mi sprawiać przyjemność. Na razie najbardziej lubię dużo chodzić i pływać :)

Szukam też jakiegoś sposobu na organizację swojego czasu i przestrzeni wokół siebie. Brakuje mi systematyczności i dyscypliny - chcę się jakoś jej nauczyć.




A czy Wy chcielibyście wprowadzić w swoim stylu życia jakieś zmiany? A może macie własne sposoby na zdyscyplinowanie się w takich sytuacjach?

środa, 18 maja 2016

Prosty chleb pszenny na drożdżach - przepis podstawowy

Bagietki z dodatkiem suszonych pomidorów i rozmarynu

Odkąd pamiętam, w moim rodzinnym domu robiło się rozmaite drożdżowe wypieki. Idealnie puszysta drożdżówka mamy, ciasto drożdżowe "topione" na rogaliki z kwaśnymi dżemami... Jako dziecko lubiłam podskubywać drożdże, takie prosto z kostki. Może i niezbyt zdrowy nawyk, ale... po wielu latach się okazało, że całkiem dużo osób tak robiło ;)

Obserwowanie rosnącego ciasta, patrzenie jak się rumieni i nabiera kształtu przynosi mi wiele radości.
Pieczenie chleba zrobiło się w ostatnich latach bardzo popularne. Wcale się nie dziwię. Wspaniałe jest uczucie tej... satysfakcji, gdy je się coś tak podstawowego i wręcz symbolicznego jak chleb wykonany własnymi rękami. Jest w tym całym procesie coś magicznego. Wręcz wiedźmowatego (pamiętajmy, że wiedźma to mądra kobieta! "Ta, która wie"!).

Jednocześnie nadal spora część osób uważa, że to zbyt skomplikowane, czasochłonne, trzeba być bardzo precyzyjnym...
Nie, nie trzeba. Nie aż tak. Po pewnym czasie będziecie mogli piec chleb z zamkniętymi oczami i niemalże ze wszystkiego, i bez patrzenia w przepisy. A później chrupać własne bułeczki lub pajdę z czymkolwiek, popijając dobrą herbatą. Obiecuję ;)

Kanapka ze słynnym serem z ziemniaka - wybaczcie jakość zdjęcia ;)

Postanowiłam się podzielić z Wami moim podstawowym, maksymalnie uproszczonym przepisem – lub też "patentem" na pyszny, pszenny chleb na drożdżach, bez długiego wyrabiania, który wychodzi zawsze. Można go modyfikować na różne sposoby, o czym za chwilę.

Na początek odrobina teorii.

1. Proporcje

Podstawową zasadą idealnej konsystencji ciasta na chleb lub bułki jest pamiętanie o przybliżonych proporcjach.
Proponuję zapamiętać dwie wartości:

1 część wody + 1 część mąki
1 część wody + 2 części mąki

Jeżeli użyjecie 1 części wody na 1 część mąki otrzymacie ciasto luźne, dobre do wlania w keksówkę. Takie szybciej rośnie, ale nie uformujecie go w żadną konkretną bryłę.
Proporcja mąki i wody zbliżona do 1:1 dobra jest w przypadku chlebów razowych oraz takich, do których chcecie dać dużo dodatków, które w jakimś stopniu chłoną wodę, na przykład płatków owsianych.
Tą wersję polecam również, jeżeli chcecie upiec chleb z mąki gryczanej (najlepszy chleb bezglutenowy, jaki jadłam – pomysłu mojej koleżanki. Jeśli się zgodzi, zamieszczę przepis :) ).

W przypadku proporcji 1:2 będziecie mogli uformować eleganckie bochenki, bułeczki, warkocze... otrzymacie po prostu bardzo plastyczne ciasto. Dobrze się sprawdza przy białej mące i wilgotnych dodatkach, takich jak suszone pomidory odsączone lekko z oleju, dodatek oliwy, smażona na oleju cebulka (bardzo polecam).

Oczywiście te proporcje nie są sztywne. Możecie swobodnie się poruszać między jedną a drugą opcją. Czasami trudno jest dokładnie odmierzyć składniki, albo okazało się, że macie mniej mąki niż sądziliście. Nie ma co się załamywać i obawiać się, że nie wyjdzie, tylko radośnie i z pieśnią na ustach działać dalej ;)

Swoją drogą, polecam mały eksperyment: zastąpienie części lub całości wody dowolnym piwem.
Bardzo fajny chleb wyszedł na piwie, które mi nieszczególnie podeszło, za to nadało pieczywu ciekawy, "drożdżówkowy" aromat:



    2. Ile drożdży użyć?

Piekę chleby od ładnych kilku lat i używałam naprawdę różnych ilości drożdży. Kiedyś wolałam wrzucić ich więcej – kostkę drożdży (100g) na 1 kilogram mąki. Później z konieczności (pt. muszę upiec trzy chleby, a w lodówce grudka drożdży wielkości wiśni) lub z chęci testowania różnych przepisów zaczęłam tą ilość zmniejszać. Obecnie za "złoty podział" uznaję ok. 30g drożdży na 1kg mąki. Czyli jedna kostka drożdży na trzy kilogramy mąki. Do tego półtora litra wody, mała garstka (3 łyżki) soli i trochę wyrabiania.

I cukier. Drożdże, by się namnażać i produkować dwutlenek węgla – czyli rosnąć – potrzebują jakiegoś cukru. Może być to zwykły cukier wsypany do ciasta. Może być to fruktoza z miodu lub bakalii.
Jeżeli chleb ma wyrastać dłużej, albo dajecie mniej drożdży, warto dać im trochę więcej cukru. Na przykład dwie łyżeczki zamiast dwóch. Ciasto będzie rosło tak długo, jak długo drożdże będą miały co jeść.
Oczywiście, w mące też zawarta jest glukoza, która również pozwoli drożdżom wyrosnąć. Cukier po prostu ułatwi i przyspieszy ten proces. Niemniej w naprawdę upalne dni (gdy chleb sam z siebie wyrasta "jak głupi") można sobie dodatek cukru podarować.

Można się pokusić wręcz o wyprowadzenie wzoru na chleb ;) Ale wyglądałby zbyt przerażająco matematycznie, by wrzucać go w miesiącu matur oraz gdy studenci zaczynają czuć na karku zbliżającą się sesję. Niemniej czas na małe podsumowanie.

Uwielbiam, gdy tworzy się to podłużne pęknięcie między wierzchem i bokiem chleba. Łatwiej o nie, jeśli pieczecie z termoobiegiem.


Chleb podstawowy
(proporcje na jeden duży bochenek)

2 szklanki mąki
1,5 (1-2) szklanki ciepłej wody
płaska łyżka soli
30g drożdży
łyżeczka cukru (lub miodu, jeśli ktoś używa)
dowolne dodatki (ziarna, warzywa itp.)

Drożdże rozetrzyj z cukrem. Gdy po chwili się rozpuszczą, dolej wody i wsyp trochę mąki. Nie przejmuj się, jeśli powstaną grudki.

Możesz poczekać jakieś 15-20 minut, aż drożdże "ruszą", ale jeśli zależy Ci na czasie, możesz od razu wsypać resztę składników.

Na tym etapie decydujesz, jakie dodatki i w jakiej ilości dodasz do swojego chleba. Czy wolisz gładkie, białe bułeczki? Czy ugotowane i rozgniecione ziemniaki? A może wolisz zdrowszą wersję, wypchaną po brzegi ziarnami, otrębami i płatkami?
Po prostu wsyp wszystkie składniki i wyrabiaj, aż wszystko dobrze się połączy, tworząc gładkie i elastyczne ciasto.

Przełóż do formy i zostaw do wyrośnięcia, co jakiś czas zwilżając wierzch wodą (zapobiegnie to utworzeniu się na powierzchni chleba twardej i grubej skorupy).

Daj bochenkowi podwoić objętość.
Następnie nagrzej piekarnik do temperatury 170 stopni.

Wyrośnięty chleb posmaruj jeszcze raz odrobiną wody i oleju (dzięki czemu skórka będzie chrupiąca i błyszcząca) i wstaw do pieca. Polecam włączenie termoobiegu
Polecam do pieca wstawić np. foremkę lub inne żaroodporne naczynko wypełnione wrzątkiem. Będzie parować w trakcie pieczenia, dzięki czemu jeszcze bardziej zmniejszymy ryzyko powstania na chlebie twardej skorupy.

Chleb jest gotowy, gdy postukany wyda "pusty" odgłos. Jeżeli pieczecie w keksówce wyłożonej papierem lub silikonowej, można zauważyć, gdy boki zaczną lekko odstawać od foremki. To również znak, że chleb się upiekł. Powinno to zająć 30-45 minut.

Teraz etap, który najbardziej się dłuży: zostaw swoje pieczywko do wystudzenia, a później próbuj nie zjeść całego od razu. Choć taki chleb sam się prosi o zjedzenie go "na raz" ;)

Bułeczki "brioche"


A czy Wy pieczecie własne pieczywo? Macie jakieś swoje ulubione? A może macie własne "patenty" na chleb, który zawsze wychodzi? Podzielcie się w komentarzach!


poniedziałek, 16 maja 2016

Mroczny świat gastronomii, czyli wegetarianin do ludzi wypuszczony

Zupa krem z kalafiora


Stało się. Wegetarianin decyduje się przerwać toczone kłótnie o olej palmowy i wegańskość kwasu mlekowego w ogórkach kiszonych (sic!). Wychodzi ze swojej lepianki (zbudowanej z fasoli). W dodatku, z własnej woli lub też z konieczności, planuje nawiedzić "normalny" lokal gastronomiczny. Taki kierowany do wszystkożerców.
Roślinożerca też człowiek. I jak każdy oczekuje jakiejś ciekawej propozycji mającej połechtać jego kubki smakowe, napełnić żołądek i opróżnić portfel.
Tymczasem na kuchni czekają na niego propozycje z serii "powracające koszmary wegetariańskiej części menu". Jak na przykład...

...naleśniki ze szpinakiem.
Nie wiem, jaki chory umysł stwierdził, że skoro ktoś jest wegetarianinem, to na pewno uwielbia naleśniki ze szpinakiem. Albo lasagne ze szpinakiem. Albo makaron ze szpinakiem. Albo pierogi ze szpinakiem. Albo szpinak ze szpinakiem... wróć. Wszędzie wepchnięty szpinak.

...pizza z brokułem.
Temat wyczerpię w jednym, krótkim pytaniu, zainspirowanym przeglądaniem wielu menu w wielu pizzeriach – dlaczego, na wszystkich bogów i ich matki, pizza "wegetariańska" w 90% zawiera brokuły?!

...naleśniki w ogóle.
Zdarza się też, że do jedzenia są tylko dania na słodko. Naleśniki z owocami, twarogiem, dżemem, bitą śmietaną. Miejscem akcji nie jest naleśnikarnia.

...tofu.
W jednej z moich ulubionych restauracji jednym z dwóch czy trzech dań wegetariańskich jest smażone tofu z warzywami. Wszystko fajnie, tylko że nie jest to restauracja chińska, tylko meksykańska. Nie zrozumcie mnie źle - bardzo lubię dobrze przyrządzone tofu, tylko że... w meksykańskiej restauracji wolałabym poznać jakieś meksykańskie wege danie.

...sałatki.
Ja wiem, że weganie jedzą trawę. Ale kto naje się sałatką bez szans na deser?

Te śmieszne listki na sałatce to rukiew wodna ;)


W ogóle odnoszę wrażenie, że w wielu miejscach dania wegetariańskie są traktowane trochę po macoszemu. Karta pełna różnych, wypasionych dań, a dla wegetarian jakieś smęty w rodzaju wyżej wspomnianego tofu z warzywami..
Bardzo dobrze, że powstaje coraz więcej lokali wegetariańskich, a w kebabowniach coraz częściej można dostać falafel. Tylko że człowiek chciałby czasem iść w "normalne"miejsce i czuć się równie solidnie ugoszczony, co mięsożerny gość.
Nie oszukujmy się, wegetarianizm staje się coraz bardziej popularny (i bardzo dobrze). Są kampanie w rodzaju "RoślinnieJemy", mające na celu zwiększenie ilości dań wegetariańskich i wegańskich w restauracjach, ale jeszcze dużo pracy czeka autorów tychże kampanii...

Na szczęście jest jeszcze piwo.

A jakie są Wasze doświadczenia w tej kwestii? Raczej narzekacie na mały wybór w niewegetariańskich restauracjach, czy może nie widzicie tutaj problemu?


Muzyczny poniedziałek 1


Piosenka pasująca do melancholijnego, deszczowego popołudnia. Z melodią wywołującą coś w rodzaju... przyjemnego smutku. Takiego jesiennego. Kojarząca mi się z "Wiedźminem" Andrzeja Sapkowskiego. Nie bez przyczyny zresztą - otwierając "Chrzest Ognia" natykamy się na cytat z jej drugiej zwrotki. Dobrze, że się tam znalazł. Biorąc pod uwagę całą historię, pasuje jak ulał. 

Dire Straits - Brothers In Arms


Podobno piosenka ma antywojenny przekaz. Wsłuchując się w tekst, trudno się z tym nie zgodzić. 

These mist covered mountains
Are a home now for me
But my home is the lowlands
And always will be
Some day you'll return to
Your valleys and your farms
And you'll no longer burn
To be brothers in arms

Through these fields of destruction
Baptism of fire
I've witnessed your suffering
As the battles raged higher
And though they did hurt me so bad
In the fear and alarm
You did not desert me
My brothers in arms

There's so many different worlds
So many different suns
And we have just one world
But we live in different ones

Now the sun's gone to hell
And the moon's riding high
Let me bid you farewell
Every man has to die
But it's written in the starlight
And every line on your palm
We're fools to make war
On our brothers in arms

(źródło tekstu: Tekstowo.pl)

niedziela, 15 maja 2016

Muzyczne poniedziałki - wstęp


Kiedyś w Sopocie był sklep z materacami (takimi do łóżek). Pewnego dnia przechodziłam obok i ujrzałam na drzwiach taką oto kartkę. Uznałam, że pasuje do poniedziałkowych wpisów ;)

Grunt to dobrze rozpocząć tydzień, prawda? Można z zapałem rzucić się w wir obowiązków, można sobie coś na nadchodzący tydzień postanowić (uczcijmy minutą ciszy wszystkie diety, które miały zacząć się "od poniedziałku"), a można też rozjaśnić sobie dzień jakimś miłym akcentem.
   Co prawda osobiście pracuję w nieco innym systemie niż poniedziałek – piątek, ale z uwagi na to, że spora część osób ma "standardowy" rytm tygodnia, w każdy poniedziałek będę wrzucać jakiś utwór z listy swoich ulubionych.


   Ten wpis będę aktualizować, tworząc listę takich "piosenek tygodnia" :)



Na dobry początek



Każda historia ma jakiś początek, każdy blog ma ten pierwszy wpis. Nie inaczej jest w tym przypadku ;)

Dlaczego Smoczy Owoc?


Odpowiedź jest bardzo prosta – bo Marakuja było zajęte :P
Różne moje pseudonimy rozsiane po Internecie nawiązują do smoków (zwróćcie uwagę na przykład na Instagrama – Draco Borealis, czyli Północny Smok), czyli moich ulubionych fantastycznych stworzeń.
Tak, bardzo lubię fantastykę wszelkiej maści. Wszelkiej. Od Tolkiena po Obcego. Gwiezdne Wojny, Świat Dysku, książki Mai Lidii Kossakowskiej, seria "Ja, inkwizytor" Jacka Piekary. Długo by wymieniać ;)

W przypadku bloga chciałam zawrzeć dodatkowo coś związanego z moją życiową pasją i pracą, jaką są kulinaria. Stąd pomysł na owocowego nicka. Smok i owoce w jednym? Smoczy owoc!
Pitaja brzmiało by co najmniej dziwnie. Chyba się ze mną zgodzicie?

To są akurat dojrzewające owoce mirabelek.


O czym chcę pisać na blogu?


Chciałabym przekazać trochę ze swojego patrzenia na świat. W ciągu ostatnich kilku lat mój światopogląd uległ znaczącej zmianie – i, co ciekawe, z każdym krokiem, z każdą niewielką zmianą, poczułam się szczęśliwsza, spokojniejsza.
Z czasem zaczęłam odczuwać potrzebę dzielenia się tym z innymi. Pokazać, że można zmienić swoje życie i nawet tego nie zauważyć – bez jakiegoś wielkiego udziału silnej woli, bez narzucania sobie od razu ścisłej dyscypliny.

Smoczy Owoc będzie blogiem klasyfikowanym jako lifestylowe. Trochę o kuchni, trochę o ulubionej muzyce, trochę mojej filozofii życiowej, trochę kosmetyków.

Blog ma też być motywatorem dla mnie – jest jeszcze sporo zmian, które chciałabym wprowadzić, wiele dziedzin, w których jednak pewnej dozy dyscypliny potrzebuję. Będę szukać drogi i odpowiedzi. I dzielić się z Wami.

Zapraszam do wspólnych poszukiwań!

Możecie też do mnie dołączyć tutaj i tutaj.

Wejście do lasu - Gdynia Dąbrowa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...